HiHa

nieco sarkastyczny blog podróżniczy

Kilometr 54 578: o alpakach, owcach i mizianiu

Obudził mnie melodyjny głos informujący świat, że bagaże pozostawione bez opieki zostaną odesłane do bagażowego nieba. Piotrek uchylił jedno oko, dosunął swoją matę do mojej i otulając się śpiworkiem, wciśnięci między sklep z prasą, a windę wielkogabarytową, podziwialiśmy przez lotniskowe okno nasz pierwszy wschód słońca w Nowej Zelandii, jeden z pierwszych tego dnia na świecie.

Kiwilandio – nadchodzimy!

Zarzuciliśmy plecaki i powędrowaliśmy w kierunku trasy do Auckland.

Dookoła lotniska szalały roboty drogowe. Ludzie-lizaki machali swoimi znakami i przeganiali nas z jednej strony chodnika na drugą, z zamkniętego pobocza na umorusany trawnik. Poirytowani kierowcy całą uwagę skupiali na wyszukiwaniu niewielkich luk w ciągu pojazdów na drugim pasie, w które może daliby radę się wcisnąć. Spoglądając na zegarki, wzdychali ciężko i omiatali nas wzrokiem. Wkrótce miało się okazać, że najlepszym sposobem złapania stopa w takich okolicznościach jest stanięcie w miejscu debilnym. Wówczas podjeżdża policja i zawozi delikwentów gdziekolwiek[1], żeby tylko nie łazili po autostradzie, szczególnie takiej w budowie.

Szybko zorientowaliśmy się, że Auckland, mieszczące prawie jedną trzecią populacji całej Nowej Zelandii, jest kompletnym przeciwieństwem reszty kraju: głośne, zatłoczone, nerwowe, przepracowane. I ani jednej owcy! Brnęliśmy w kierunku centrum, przeskakując przez połamane gałęzie i powyrywane konary, pamiątki po – jak się dowiedzieliśmy – sztormie-gigancie, który rozpoczął się trzy minuty po naszym lądowaniu i który radośnie przespaliśmy wciśnięci między sklep z prasą, a windę wielkogabarytową. Oho, Nowa Zelandio! Czyżbyś znowu knuła, jak tu nas do siebie nie wpuścić? Nic z tego, za bardzo nam zależało!

auckland

Panorama Auckland z mariny.

Nie wiem, czego się spodziewałam.

Chyba trochę raju. Wszędzie i od razu. Bardzo intensywnie szukałam w Auckland  czegoś, co rzuci mnie na emocjonalną huśtawkę, taką, na której będę balansować na granicy zachwytu, zadziwienia oraz eksplozji pluszu.

Czy znalazłam? Pewnie, że znalazłam.

Jeżeli zastanawiacie się, jak spędziłam pierwszy dzień w Nowej Zelandii, to śpieszę poinformować, że bardzo produktywnie, bo wchodziłam do każdego sklepu z wyrobami z alpaki i owcy i miziałam je tak długo, aż obsługa zaczynała patrzeć podejrzliwie. Tym samym, odkryłam, co jest najbardziej puchate, miziate i przytulaste na świecie i okazuje się, że jednak nie jest to zarost Piotrka, jak sądziłam do tej pory.


[1] Oferta aktualna tylko w Nowej Zelandii.


Zatrzymajmy się jeszcze na chwilę u kilku owiec i alpak spoza Auckland.

 

Z mniej odkrywczych rzeczy, to jeszcze zobaczcie, jakie są plaże koło Auckland.

auckland

Piha, Mekka okolicznych surferów

auckland

Karekare – Mekka okolicznych plażowiczów.

auckland

auckland

Okolice Piha


Jeżeli podobał Ci się ten wpis, będzie mi bardzo miło, jeśli polecisz mojego bloga swoim znajomym.

4 Comments

  1. Uwielbiam fragment o produktywnym spędzaniu czasu 🙂 Planujecie odwiedziny Shire? 🙂

    • Hania, kierownik wycieczki

      19/01/2019 at 00:37

      Odmówiliśmy sobie tej przyjemności… Piotrek podczas oglądania filmów uznał, że gdyby otwarli pałac elfów do zwiedzania, to by zapłacił te 80$, ale za Shire to nie 😛 Ale połowa NZ wygląda jak Hobbiton, więc nie czujemy się ubożsi bez tego doświadczenia 😉

  2. irena omegard

    11/01/2019 at 16:56

    Zazdroszczę.Przepiękne zdjęcia.

  3. Pluszowo i plażowo 😉 lubię!

Powiedz mi, co myślisz:

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

© 2019 HiHa

Theme by Anders NorenUp ↑