
Kilometr 56 566: o owcach, Aniołach Stróżach i traktorach
Pewnej nocy w Nowej Zelandii:
Ja: Kochanie, nie mogę zasnąć.
Piotrek: Spróbuj policzyć owce. Spoiler: jest 40mln.
Niewiele rzeczy jest wpisanych w nowozelandzki krajobraz silniej niż owce.
Niemal każdy Nowozelandczyk spoza miasta na którymś etapie swojego życia będzie pracował z owcami. Będzie potrafił ogolić owcę w kilka minut, będzie odróżniał z daleka swoją owcę od owcy sąsiada, a jego dzieci nauczą się na nich podstaw matematyki, biologii i zpt.
Czy teraz w szkołach jest jeszcze zpt?
I tak, któregoś razu, mijając gromadę wełnianych kuleczek kicających po trawiastych pagórkach po lewej i kilka owiec-indywidualistek po prawej, skręciwszy w drogę gruntową za piątym baranem, dotarliśmy do domu Kena, legendy powiatu Winton.
Ken, jako młody chłopak, porzucił pracę fryzjera (strzygacza? strzyżera?) owiec i wybył w samotną, plecakową podróż po Europie. Rzeczywistość go nieco przytłoczyła, portfel zaczął świecić pustkami, a Ken głodny i zmarnowany usiadł pod wiatą przystanku autobusowego, żeby przeczekać deszcz, który wcale nie zamierzał przestać padać. Wtedy nastąpiło coś, co mnie wydaje się takie zupełnie ludzkie i normalne, a dla Kena było wydarzeniem, które odmieniło jego świat: podeszła do niego kobieta, porozmawiała z nim chwilę, zaprosiła go do domu, nakarmiła, przenocowała, pomogła znaleźć pracę.
Była jego Aniołem Stróżem.
I Ken od tego czasu jest Aniołem Stróżem podróżników, backpackerów, autostopowiczów, czy też po prostu zmęczonych i głodnych ludzi. W międzyczasie pracował na farmie, był pilotem samolotów, kierowcą autobusów wycieczkowych, przemierzył pół świata, aktualnie prowadzi kawiarnię i dzięki niemu w Winton prawdopodobnie nikt nie zasypia głodny.
My dzięki niemu przez dwa tygodnie zasypialiśmy we wspaniałych nastrojach, doskonałej atmosferze, pod jedyną w Nowej Zelandii pierzyną wypełnioną puchem, a nie termoforami, w jedynym w Nowej Zelandii domu zbudowanym z cegły, a nie płyt kartonowo-gipsowych (alternatywnie – starego kontenera), a nasze brzuszki były błogo napełnione bardzo lokalnymi specjałami.

Piotrka brzuszek był na przykład radosny tymi kaczkami, co to poległy w chwale podczas poprzedniego weekendu, czy też sarenkami z wolnego wybiegu (owszem, jestem niepocieszona, że mój osobisty mąż zjadł mamę Bambi…!).
Mój brzuszek z kolei bardzo się cieszył ze świeżo wyłowionych ostryg Bluff oraz z zawartości perłowej muszli paua – pięknego morskiego steka, któremu najpierw trzeba sprawić porządne lanie tłuczkiem, a następnie podsmażyć lub udusić w śmietankowym sosie, ażeby otrzymać najwyśmienitszą delicję. Wszystkiemu towarzyszyły doskonałe wina oraz herbatka z liści kava kava dosłodzona aromatycznym miodem manuka – z drzewa herbacianego. To nie tak, że Ken te wszystkie cuda sam łapał.


Jak dokarmia pół miasta, to potem to pół miasta dokarmia jego.
Razem z Kenem szukaliśmy jadeitu na Gemstone Beach – plaży usłanej kolorowymi kamyczkami, włóczyliśmy się po lasach zgadując wiek ogromnych i pięknie omszałych drzew Totara. Wraz z bywalcami jedynego baru w Winton emocjonowaliśmy się sprawozdaniem z usuwania czekoladowej katastrofy z autostrady A2 (pamiętacie to jeszcze?). Odwiedziliśmy hodowcę jeleni, który eksportuje sproszkowane poroża do Japonii, gdzie przerabia się je na specyfik dający wieczną młodość i jelenie zdrowie.

Spacerowaliśmy po czterech stodołach wypełnionych antycznymi traktorami, które kocha i odrestaurowuje pan Mervyn, próbowaliśmy pojąć tajemnicę tej miłości oraz – jeszcze większą – tajemnicę miłości pani Janet, która z największą cierpliwością i wsparciem reaguje na wiadomość, że jej mąż właśnie kupił sto dwudziesty drugi traktor i sprowadza go statkiem z Europy. Zajrzeliśmy do lokalnej podstawówki, żeby opowiedzieć dzieciakom o Polsce i wyjaśnić koncept państwa, które posiada granice inne niż morskie oraz odwrotną do Nowej Zelandii proporcję owiec do ludzi[1].

Wyjeżdżając od Kena wiedziałam już na pewno, że kiedyś będę tą dziwną panią w kolorowych ubraniach, która chodzi po swoim mieście częstując ludzi zupą z termosu i zgarnia do swojego domu zmęczonych przyjezdnych.
[1] Nikt nie mnie przepytywał z pogłowia owiec w Polsce, prawda? W Nowej Zelandii jest ich ponad 40mln, a ludzi – 4.




Jeden Komentarz
MagdaM
Kolejna cudna, kolorowa opowieść. Tym razem na dobranoc ( u mnie). Bardzo brakowało czwartkowych postów, dobrze że jest znów! 🙂